american dream
Hosanna! wreszcie obejrzę film widmo który ścigał mnie przez ostatnie kilka lat. Właściwie - od czasu gdy po raz pierwszy zobaczyłem Arizona Dream. [ BTW - zasadniczo jestem WYZNAWCĄ Kusturicy ]
No i właśnie teraz, w kolekcji kolegi [ misiekbest - dzięki! ] wyhaczyłem North By Northwest. I skojarzyłem że to właśnie z tego filmu pochodzi sławna scena z ucieczką przed samolotem na spalonej słońcem równinie.
Damn, jakie to amerykańskie. Dlaczego mnie tak to rusza?
Ktoś powie - to oczywiste dlaczego amerykańskie kino cię rusza. Może kilka kluczowych motywów rodem z holywood przegrywanych mediami na okrągło przez wiele lat przepaliło ci mózg?
a może po prostu COŚ w tym jest.
To COŚ to kilka podstaw w które Stany Zjednoczone kiedyś wierzyły. I które manifestują się we wzorcu kina drogi.
Świat jest wielki, a dla Ciebie znajdzie się w nim miejsce.
Życie to droga. Droga na Zachód.
Droga to wolność.
Wolność jest najważniejsza. Twoja wolność kończy się tam gdzie zaczyna się cudza krzywda.
Masz prawo do obrony wolności zawsze i wszędzie.
Czy te wartości są prawdziwe? A może to tylko sen?
W głowie kręcą mi się skojarzenia filmowe i trochę literackie.
Truposz, chyba najmocniej przegryzione kino drogi jakie istnieje. droga to konieczność, droga to oświecenie.
Fandango, o dojrzewaniu w drodze.
Natural Born Killers, o tym że w drodze możesz być chociaż przez chwilę wolnym człowiekiem - nawet jeśli bardzo z tobą źle.
Proza Faulknera i proza Hemingwaya. Gdzieś tam są korzenie.
Z Faulknerem mam takie skojarzenie:
Pamiętaj, że każda droga prowadzi przez czyjąś wieś. I oczy tych ludzi będą na Ciebie patrzeć i Cię oceniać. Czy tego chcesz czy nie. Czy ci co pochopnie oceniają, są wystarczającą przeszkodą na Twojej drodze aby się zatrzymać?
Z kolei Hemingway uczy że życie to podróż, i że nie trzeba się roztkliwiać. Otwórz oczy i spójrz na horyzont. Spójrz na innych ludzi. Obserwuj ich, co robią. Nie oceniaj pochopnie. Żyj i umrzyj kiedy zechcesz.
Ech. Kończę "blogować" (podobno to teraz "niemodne", ale to temat na inny wpis) i idę oglądać Hitchcocka.
District 9 – opadła mi szczęka
Ale opadła mi też trochę pierwsza entuzjastyczna reakcja; po przeczytaniu kilku kwaśnych recenzji przyznaję, że w istocie: film ma dziury logiczne, jest naiwny, nie ma pełnego rozwinięcia, nie jest rewolucją.
Ale wg mnie nadal jest to nadal najlepsza produkcja filmowej SF od ładnych paru lat.
Dziury logiczne - darowuję w zamian za świetne pytania które film - niejawnie - stawia; w SF / futurystyce dobre pytania ważniejsze są IMHO od odpowiedzi.
Naiwność - darowuję w zamian za wyobraźnię i kreację tła; czy widz idąc do kina nie chce być zaczarowany?
Brak głębi postaci i pełnego rozwinięcia - darowuję (a tak!) w zamian za wartkość akcji i nie-bardzo-głupią rozrywkę, najlepszą (dla mnie) bodaj od Raportu Mniejszości;
Brak rewolucji - darowuję w zamian za kontynuację ciekawych elementów kanonu, w istocie scenariusz jest godnym spadkobiercą klasyków SF.
Do wszystkich krytyków tego filmu: bez urazy, proszę niech ktoś mi wskaże 10 filmów lepszych od District 9, i polećmy poza IMDB top 100.
PS. IMHO dobra analiza (spolier!) - tutaj.
Polecam!
piracik
Niech No Tylko Zakwitną Jabłonie...
http://thepiratebay.org/torrent/4582019/
Magnet URI:
magnet:?xt=urn:btih:QHCMFYHRZ5WOFL6Q7XHSDOLSODPX2KB4